czwartek, 16 czerwca 2011

Dzień 3

Start :N 49⁰49.664′ E 022⁰15.579′
Obóz  : N 49⁰47.350′ E 022⁰39.085′
Przebyta odległość : 53 km
Pogoda: słonce z delikatnym zachmurzeniem, słabe porywy wiatru. Po południu -burze z porywistym wiatrem.
Noc i świt spędziliśmy w  towarzystwie świergotów i ptasich śpiewów, dorzecze jest pełne ptactwa,  a my chyba trafiliśmy w epicentrum.   
Poranek przyniósł nam niemiłą niespodziankę- rzeka zmieniła swoje oblicze i woda w Sanie obniżyła się przez noc o 15 cm, a linia brzegowa o około 1 m . Elektrownia skończyła kontrolowany spust wody.  Kajakowi ta wiadomość nie przypadła do gustu. Wszystkie mielizny i wypłycenia były nasze. Wystartowaliśmy o 07.30.  Na trasie natrafialiśmy sporo skał i  łach, więc było trochę przeciągania kajaka. Potem rzeka pogłębiła koryto i już szło w miarę bez niespodzianek.
Od napotkanych wędkarzy dowiedzieliśmy się, że przed nami spływa kajak.  Po jakiejś  godzinie udało się nam go dogonić. W ten sposób poznaliśmy Andrzeja, który samotnie od 2 dni płynie w kierunku rodzinnej Warszawy. Postanowiliśmy więc połączyć siły, bo jakoś we trójkę  płynie sie szybciej i raźniej, tym bardziej, że Andrzej okazał się sympatycznym gawędziarzem. San zmienia się powoli w leniwą rzekę o spokojnym nurcie.  W godzinach popołudniowych złapała nas burza z porwistym wiatrem, którą przetrwaliśmy przybrzeżnych chaszczach, deszcz zaś towarzyszył nam już do Krasiczyna, za którym o 18.30 rozbiliśmy trzyosobowy obóz na kamienistej łasze.
O zachodzie słońca wypogodziło się nieco, lecz niebo żegnało nas purpurą chmur. To zły znak przepowiadający pogorszenie pogody.
Przed nami niecałe 20 km do Przemyśla, ale czeka nas spore utrudnienie- próg wodny- i w związku będziemy musieli przenosić kajaki na dystansie 400 m.  

:) Napotkani wędkarze pytają nas czasem dokąd płyniemy. Gdy słyszą, że do Swinoujścia - to pukają się w czoło...ale najczęściej są zdumieni: "A to się da, dopłynąć nad morze?"
Zakładamy, że się da! Spróbujemy! :)

środa, 15 czerwca 2011

Dzień 2

Start:   N 49⁰31.770′ E 022⁰16.635′
Obóz:  N 49⁰49.664′ E 022⁰15.579′
Przebyta odległość : 57 km
Pogoda: słonce z  zachmurzeniem,   silne porywy wiatru w godzinach popołudniowych.

Wstaliśmy dość wcześnie, wyspani i wypoczęci, być może szum zastawki zagłuszał chrapanie Artura i moje dzięki temu mogliśmy się wyspać ;-).  Wystartowaliśmy o 08.30, San z początku upstrzony bystrzycami powoli zamienia się w San leniwie rozlany, ale ten spokój czasem okazał się złudny , parę razy wpadliśmy na kamienie. Jeden raz wpadliśmy dość nie szczęśliwie obracając nas rufą do  kierunku spływu, szybki wyskok   z kajaka  uratował  sytuacje, a Arturowi upiekła się   wywrotka.
Dalej San okazał się bardziej leniwy i wymagał większego parcia na wiosła.  W zamian otrzymaliśmy panoramę widoków. W Tarawie Solnej postanowiliśmy zorganizować chwilkę przerwy na posiłek i zakupy. Tuż za mostem trafiliśmy na dogodna piaszczysta plaże.  
Plaża okazała się być fragmentem ośrodka wypoczynkowego „Diabla Góra” (www.diablagora.pl ) właśnie przygotowującego się do   nadchodzącego sezonu.  Po krótkiej konwersacji z napotkanym właścicielem ośrodka Panem Cezarym  na temat naszej podróży zostałem podwieziony pod sklep i dowieziony pod sam kajak na plaży.  Żona Pana Cezarego, Pani Izabella zaopatrzyła nas w kilka słoików domowych obiadków własnego wyrobu które wzbogaciły nasze menu.  Gościnność napotkanych osób bywa czasem zaskakująca. Dziękujemy właścicielom „Diablej Góry” za okazaną troskę.    
Ruszyliśmy dalej , przepływając szczęśliwie „Ptasi Uskok” pełen progów wodnych.  Potem San powrócił do swego leniwego biegu.  Szlak urozmaicały nam panoramy na pogórze oraz osady,  minęliśmy również dwukrotnie przeprawę promowa.
Dotarliśmy Dynowa gdzie zaczęliśmy się rozglądać za miejscem biwakowym, niestety do sezonu jeszcze troszkę zostało  większość opisanych miejsc w przewodniku o Sanie okazała się jeszcze nie gotowa na biwakowanie.  Po przepłynięciu jeszcze 6 km postanowiliśmy o 18.30 rozbić obóz na kamiennej łasze w zakolu rzeki. Miejsce dość dogodne dla wózka, na uboczu i nie wymagające wypakowania kajaka. Miejmy tylko nadzieje ze nic nie podniesie poziomu wody ;-).
 Miejsce okazało się urokliwe pełne dzikiego ptactwa i jego świergotu. Na kolacje przyszedł bocian i wędrował w niedalekim otoczeniu  naszego obozu, nic nie robiąc sobie z naszej obecności.
 Za sobą mamy sporo kilometrów które odczuwamy, organizujemy codzienny obozowy rytuał, i szykujemy się do snu. Jutro chcemy wstać wcześnie i pokonać podobny dystans, musimy się śpieszyć bo mamy kilka umówionych spotkań w Przemyślu ale o tym potem.

wtorek, 14 czerwca 2011

Dzień 1

Start: N 49⁰26.226′E 022⁰23.073′
Obóz :N 49⁰31.770′E 022⁰16.635′
Przebyta odległość : 29 km
Pogoda: słonce z delikatnym zachmurzeniem, słabe porywy wiatru.  

A wiec nastał dzień spływu.  Z pomocą Tomka dojechaliśmy do wcześniej upatrzonego miejsca w  miejscowości  Zwierzyń .  Rozpakowanie  i zapakowanie kajaka zajęło nam chwile czasu. Wystartowaliśmy dość późno bo około 14.30.Dopisało nam szczęście bo dziś zaczęto spuszczać  wodę z elektrowni wodnej wiec mamy większy poziom wody.  Ale początek nie był taki radosny , przepłynęliśmy 50 m i utknęliśmy na płyciźnie ,  niski poziom wody zmusił mnie do przeciągnięcia  Artura z kajakiem  blisko 500 m do spustu wody z elektrowni.  Potem poszło już w miarę gładko, poziom wody nie za wysoki ale pozwolił nam na w miarę bezpieczne przepłyniecie odcinka górskiego Sanu.  Odcinka wymagającego sporego skupienia aby nie uderzyć w podwodne głazy, nie zawsze się nam to udawało ale kajak zniósł to bez usterek.
Minęliśmy Lesko gdzie jeszcze raz pożegnaliśmy się z czekającym na nas Tomkiem.
Potem San zwolnił nurt leniwie się rozlewając w malowniczych pejzażach mijając po drodze największa wyspę na Sanie.  Z drobnymi  perypetiami dotarliśmy do zastawki w miejscowości
Zagórz-Zasław, paradoksalnie spust wody z elektrowni i wyższy stan wody uniemożliwił nam spływ poprzez jaz. Czekała wiec nas pierwsza przenioska.    Ze względu na godzinę 18.30 postanowilismy na dzień dzisiejszy rozłożyć obóz na drugim brzegu a rano przenieść kajak i bagaże.
Dzięki pomocy  napotkanego  uczynnego miejscowego chłopaka (dzięki serdeczne Patryk)  udało się bez większych przeszkód „wyslipować” Artura oraz kajak przez przybrzeżne szuwary.
Potem ustawiliśmy namiot nad samą zastawką  która swym szumem będzie nas tulić do snu i rozpoczęliśmy obozowa prozę życia.  
Gdy złapiemy lepszy zasięg wstawimy fotografie. Pozdrawiamy`.

poniedziałek, 13 czerwca 2011


    Dzisiejszy dzień upłynął na poszukiwaniu dogodnego miejsca do rozpoczęcia spływu.  Pierwotny plan zakładał rozpoczęcie w Siankach albo Stuposianach.  Po dzisiejszym dniu poszukiwań musieliśmy zrezygnować z pierwotnego planu, obecny stan wody w górnym biegu Sanu nam to uniemożliwił.
W Siankach woda sięgała ledwie do kostek, sondowaliśmy stan wody po każdym dopływie, w Dwierniku za Stuposianami przy dopływie potoku Dwiernik  na 58 km  Sanu  woda sięgała ledwie do łydek w najgłębszych jamach. Przy zanurzeniu naszego kajaka liczącym  25 cm wszystko to jest niewystarczające.  Po naradzie postanowiliśmy pojechać  i zorienttowac sie jak wygląda sytuacja  za Zalewem Solińskim. W Myczkowcach, tuż za tamą, stan wody przedstawiał się nieco lepiej , ale dla nas wciąz nie był zadowalajacy. Sytuację mogło tylko uratować kontrolowane spuszczenie wody z zapory, na które jak się okazało nie mogliśmy w chwil obecnej liczyć.    
KIlka kilometrów dalej ,w miejscowości  Zwierzyń, tuż za dopływem Olszanicy sytuacja  sporo sie poprawiła.Chociaż na  szlaku wodnym do Sanoka czekało nas kilka kilometrów progów wodnych, postanowiliśmy zaryzykować  i rozpocząć spływ.  
Zwierzyń jest miejscem rozpoczynania spływów kajakarskich więc  posiada w miarę dogodny dojazd do rzeki.  
Czy była to właściwa decyzja przyszłość i czas to zweryfikuje.   
Całego tego dzisiejszego „rozpoznania” nie udało by się zrobić bez pomocy wspomnianego wcześniej Tomka  Kudełki .  Bo pamiętać trzeba że Bieszczady to nie tylko góry, ale ludzie którzy tu mieszkają i tworzą tutejszy klimat.  Każdy napotkany człowiek to też  odrębna historia życia wpisana w region.  Tomek „Dziki Husky” to człowiek -orkiestra : muzyk, żeglarz, nurek , Mistrz Polski, Europy i Świata w psich zaprzegach w klasie DII. Organizator wypraw  off-road qaudowych na po bezdrożach Ukrainy (www.atvbiesczady.pl). 

Można by tak pisać godzinami, prywatnie przesympatyczny zawsze uśmiechnięty  człowiek z równie  uroczą żoną Anią.   

Po powrocie, zapakowaliśmy kajak oraz cześć bagaży  na lawetę, potem nastepiła „ostatnia wieczerza” u naszych przesympatycznych gospodarzy... sen .
Czeka nas wczesna pobudka i  zaczniemy nasz spływ!


 Na kamiennych pustyniach tutejszych  gór istnieje dziwny rodzaj handlu,  można zmienić wir swojego życia na nieskończony spokój duszy.




sobota, 11 czerwca 2011

Bieszczady

Dojechaliśmy  szczęśliwie do miejscowości Przysłup  pomiędzy Cisną i Wetliną w Bieszczadach, które przyjęły nas deszczem i pochmurną pogodą.

Noclegu i  gościny udzielił nam  Tomek Kudełka ( „Dziki Husky”) właściciel  agroturystyki „Krywa Chata”. O którym jeszcze na pewno troszkę napiszemy, bo będzie nas  wspierał przez kilka dni.
Za nami 920 km które przebyliśmy w 14 h. Po drodze wstąpiliśmy na nocną kawę do Lubicza (do Sławka „Hansa” i  Asi) którym dziękujemy za gościnę i kolację.


 Dzięki towarzystwu Marka i  Frani  podróż minęła w radosnej atmosferze, ich obecność wbrew pozorom nie miała znaczenia tylko towarzyskiego... . Po krótkim wypoczynku  zabrali auto Artura  spowrotem nad morze, aby odebrać nas w bliżej nieokreślonym czasie w Świnoujściu.
My  pozostaliśmy z kajakiem i całomiesięcznym dobytkiem do upchania w lukach bagażowych, co zajęło nam blisko godzinę. Myślę ze z biegiem czasu ograniczymy ta czynność do minimum - trening czyni mistrza.
Potem rozbiliśmy nasz namiot, który stanie chwilowo naszym domem i udaliśmy -mimo godzin południowych -na odpoczynek.



czwartek, 9 czerwca 2011

Każdy ma własną górę i własne zwycięstwo !

Niebawem startujemy! dzis jeszcze pakowanie gratów, a jutro ruszamy samochodem w Bieszczady. Podróż z Helu, poprzez Redę do Ustrzyk Górnych zajmie nam zapewne  kilkanaście godzin. Będziemy jechać spokojnie, mamy czas!
W Bieszczadach kilka dni poświecimy na rekonesans i aklimatyzację. We wtorek 14.06 z pomocą Straży Granicznej zostaniemy dowiezieni do miejsca rozpoczęcia spływu. A dalej  to już tylko z prądem wody, na przekór przeciwnościom.   



Pragniemy podziękować wszystkim którzy wsparli nas materialnie, finansowo, czy duchowo ;)
Bez Was wszystkich ta wyprawa może i doszła by do skutku, ale na pewno z większymi problemami. Imienne podziękowania dla sponsorów i patronów umieszczone będę na stronie Granicami bez granic (http://www.granicamibezgranic.pl/), gdy zaprzyjaźniony informatyk wreszcie ją przebuduje. 
 Tych wszystkich, którzy będą się chcieli dołączyć na trasie, albo są ciekawi naszych losów prosimy o śledzenie bloga, który mam zamiar prowadzić na bieżąco, jeśli pozwoli na to zasięg sieci i stan baterii.  

Życie jest zbyt krótkie, a czas śmierci niepewny, więc korzystajmy z tego co los przyniesie.

sobota, 14 maja 2011

    Mając kajak grzechem i szczytem ignorancji nie było by go przetestować. Akurat w ta sobotę aura nam postanowiła sprzyjać, więc ustaliliśmy spływ po Zatoce Puckiej z Jastarni do Helu. Odległość w sumie niewielka bo 12 km, zatoka to nie rzeka ale ten akwen akurat świetnie nadawał się do symulacji spływu po zalewie (przepływać będziemy min. przez zalew Soliński i  zalew Włocławski). Duże falowanie, wiatr to czynniki z którymi będziemy się zmagać. Zatoka ma ta zaletę ze jest akwenem płytkim 1,5-2 m wiec w razie wywrotki jakoś łatwiej będzie wykaraskać się z opałów. Dodatkowo chcieliśmy sprawdzić sterowność kajaka pod balastem oraz mocowanie wózka inwalidzkiego.
Samo wodowanie w porcie w Jastarni przebiegło bezproblemowo dzięki pomocy naszego wspólnego kolegi Radka (dzięki Radek raz jeszcze). Kajak zapakowaliśmy balastem oraz przymocowaliśmy wózek i w drogę. Radek z synem pomachał nam jeszcze z główek wejściowych portu, potem zaopiekował się samochodem odwożąc go powrotem do Helu gdzie umówiliśmy się na spotkanie na „małej” plaży.
Popłynęliśmy i  jak to bywa na początku,szło naprawdę rożnie. Mielimy trochę problemów z sterownością, płynęliśmy sporym zygzakiem.
Już w fazie zamawiania kajaka w Aquariusie uznaliśmy ster za zbędny, z prostej przyczyny pedały sterujące sterem powinny się znajdować w tylnym kokpicie gdzie ustaliliśmy miejsce dla Artura. Wstawienie wolantów do przedniego kokpitu było technicznie możliwe, ale cięgna musiały by iść przez komory i miały by długość około 5 m. A sterowanie takimi cięgnami wymagało by sporego wysiłku w nogach.


Wybraliśmy opcje mniej skomplikowaną czyli sterowanie wiosłem przez Artura w tylnym kokpicie. Technika prosta ale wymagająca nabrania doświadczenia które jako tako zaczęło przychodzić po około 8 km .  W międzyczasie płynąc mijaliśmy  po lewej stronie Ośrodek Prezydencki w Juracie  starając się ominąć wyznaczony bojami akwen ośrodka   zamknięty dla żeglugi. Mimo tego po minięciu Juraty zostaliśmy „wytropieni” przez motorówkę Morskiego Oddziału Straży Granicznej. W krótkiej ale milej rozmowie wyjaśniono nam ze akwen po którym płyniemy został zamknięty do niedzieli do godziny 14.00 . Prawdopodobną przyczyną takiej sytuacji był weekendowy wypoczynek którejś osób ze sfer rządowych.  Nasza niewiedza tez wynikała w pewnym stopniu z ignorancji, wystarczyło się zapytać w którymś z bosmanatów portu o sytuacje na zatoce.
Nie mniej  nie wyciągnięto wobec nas żadnych sankcji  i  życzono nam szczęśliwej  drogi do Helu. Przypuszczamy ze nasz kajak z wózkiem inwalidzkim i dwoma zasapanymi  pasażerami nie stanowił zagrożenia dla ogólnego bezpieczeństwa.

Pozdrawiamy funkcjonariuszy Morskiego Oddziału Straży Granicznej, następne takie spotkanie już  oficjalne zaplanowane w  Świnoujściu.

Płynąc dalej do Helu poznajemy kajak, świetnie trzyma się na fali i pod wiatr, utrzymywaliśmy  średnią prędkości  5 km/h co jak na debiut uznajemy za dobre tępo.       
Dopływając do „małej  plaży” w Helu postanowiliśmy wycisnąć ile się da z nas i kajaka, osiągnęliśmy 11 km/h  wyhamowując ku przerażaniu  turystów z impetem na plaży. Jeszcze większe zaskoczenie i ciekawość wzbudziło nasze wypakowywanie, wózek Artura oraz balast czyli blisko 60 kg piasku. Bo któż normalny przywozi piasek na plażę kajakiem. Potem już tylko pakowanie gratów z pomocą Radka do samochodu i jazda do Artura aby podsumować dzień i przemyśleć nowe doświadczenia.